Po co w ogóle czytać książki?

Lepiej przecież kokosić się w swojej umysłowej ciasnocie. Przedstawiciel, który nie czyta, nigdy nie dostrzeże tego, że między czernią i bielą jest zajebiście dużo odcieni szarości, że naiwne dobro nie zawsze (a nawet rzadko) tryumfuje. Łatwiej przecież żyć, wierząc w dorosłą wersję mitu „Wróżki-Zębuszki”, mówiący o tym, że jak TY dasz coś od siebie, to otrzymasz coś ekstra w zamian. Po co uzmysławiać sobie, że to, co często uznajemy za dobroć, to tak naprawdę kompulsja „grzecznego” życia, wdrukowana nam przez lata życia (lub raczej gnicia) w błogiej nieświadomości?

Jak już czytać, to na pewno nie ciężką, rozwalającą na łopatki literaturę. Kolorowe szmatławce w stylu Pani domu albo ich odpowiedniki opatrzone numerem ISBN – romanse – podtrzymają Cię, zacny odbiorco, w przeświadczeniu o różowości i przyjazności tego świata, niczym respirator czynności życiowe.

Kiedy czytasz coś, co ma między litery wciśnięty jakikolwiek sens, stajesz się wrogiem każdej ze stron – coś jak w platońskim micie o jaskini.

Jak już czytać, to nie Żelbeton. I nie chodzi tylko o to, że ludzkość spłodziła dużo o wiele więcej ambitnych, genialnych książek. Po prostu Żelbeton jest drzazgą w dupie. Ziarenkiem piasku w bucie. Budzikiem ustawionym na zbyt wczesną godzinę.

Żelbeton po prostu wkurwia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *