Po co pisać magisterkę?

Po to, żeby Twój promotor miał zajęcie. Żebyś miał poczucie, że tworzysz coś mądrego i obcujesz z wysoką literaturą. Żeby podtrzymać tradycję, zgodnie z którą każdy student musi poświęcić pierdylion godzin na parafrazowanie treści książek, do których nikt już nie zagląda – poza innymi pretendentami do tytułu magistra.
Prac magisterskich absolutnie nikt nie czyta. Każdy ma głęboko w dupie studenckie wypociny, nikt nie widzi sensu w czytaniu kolejny raz tego samego dzieła pewnego autora, który zrewolucjonizował naukę kilka dekad temu, „przetłumaczonego” przez kolejnego studenta piątego roku. Tworzenie pracy magisterskiej nikomu nic nie daje – poza dyplomem wyższej uczelni.
A przecież można by zrezygnować z tej formy finiszowania studiów. Czas, który przeznaczamy na zamienianie słów autora starego podręcznika na własne, moglibyśmy poświęcić na dodatkowe praktyki zawodowe. Na przygotowania do egzaminu praktycznego, który – odpowiednio skonstruowany – naprawdę badałby stopień ogarnięcia konkretnego żaka w jakiejś dziedzinie. Na sensowne zajęcia z kumatym prowadzącym, podczas których uczylibyśmy się sztuki erystyki, argumentowania swoich racji, wyciągania wniosków. Czemuż, do kurwy, wyższe uczelnie kończą ludzie, których argumenty w dyskusji kończą się na „bo tak już po prostu jest”?
Bo zamiast uczyć się dyskutować, uczyli się tworzyć bibliografię w Wordzie i pisać tak, by ich praca – z założenia stanowiąca wybrakowaną kopię dzieł mistrzów – przeszła przez program antyplagiatowy. Zjebana tradycja jest silniejsza niż postęp, niż przygotowanie młodych ludzi do stawiania czoła wyzwaniom, jakie stawia przez nami rynek pracy i sieć społecznych powiązań.
Bo tak już po prostu jest.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *