Bogactwo, które płynie z biedy

Zapewne w wielu rozgłośniach radiowych „między słowami” padnie dziś jakiś żarcik-kosmonaucik na temat tego, że mamy Dzień Ćwiczenia Przez Lustrem Prośby o Podwyżkę. Spokojnie – nie będę pisać o tym, jak o nią skutecznie poprosić, bo i po co, skoro i tak jej nie dostaniesz? Zamiast tego dam Ci mentalnego przytulaska – podpowiem Ci, dlaczego warto jest być biednym. Wbrew pozorom, korzyści z braku szmalu jest naprawdę wiele – taki koleś Dostojewski napisał o uzależnieniu od biedy całą książkę (i, dla ciekawych, zatytułował ją Biedni ludzie). Nie jestem w stanie równać się z Mistrzem, ale – jako znawca i praktyk życia na niezbyt wysokim poziomie – dostarczę Ci kilku inspiracji. Co zatem zyskujesz, gdy tracisz już nawet marzenia o bogactwie?

Spokój od hejterów. Dopóki jesteś biedny, nikt nie powie Ci, że na pewno coś komuś ukradłeś, budujesz swoje szczęście na cierpieniu innych, jesteś sadystycznym wyzyskiwaczem. W Polsce, jak pisał Żulczyk, ludzie są w stanie wybaczyć wiele, ale nie wybaczą tego, że oszukiwałeś na hajsie – wszak „Który skrzywdziłeś człowieka prostego…” i tak dalej. Nawet, jak nikogo nie skrzywdziłeś – chuj. Cień podejrzenia ze strony sąsiadów mógłby rozjebać Twoją (jak to mówią kołcze) strefę komfortu. Komfortu wynikającego z biedy.

Poczucie jedności z rodziną i narodem. Wiemy, że marzysz o tym, aby Twoja matka w końcu Cię pokochała, a ojciec docenił. Jeśli jednak przyjedziesz pod ich żelbetonowy blok nowiutkim audi A6, może na początku ojciec poklepie Cię po grzbiecie, a matka wyściska, jednak już po chwili zaczną się niesnaski i badanie terenu, czy od tego całego bogactwa nie popierdoliło Ci się w głowie. Matka specjalnie rozgotuje kluchy do pomidorowej, aby sprawdzić, czy nie będziesz grymasił – jak powiesz, że wolisz al dante, uderzy w szloch – tylko trochę pieniędzy liznąłeś i już gardzisz tym, co domowe, bezpieczne, polskie.

Powód do gniewu na świat. Gniew to całkiem przyjemne uczucie – daje nam przecież poczucie misji. Kiedy wkurwiamy się na społeczne nierówności, na ilość przemocy na świecie, brzydotę wokół – mamy wrażenie, że sami jesteśmy równiejsi, łagodniejsi, piękniejsi. Kiedy więc nie będziesz mógł już narzekać na to, że na nic Cię nie stać, skurwysyny z rządu znowu rozkradły pieniądze, a tak w ogóle to gdyby nie wojna, to podcierałbyś się studolarówkami – będziesz wewnętrznie pusty, wypalony. A przecież nikt nie chce tracić integralnej części siebie.

Bo czy gdyby nawet Andrzej z mojej książki, której tytułem nazwałam tego bloga, zrealizował swoje marzenie i  miał hajsu jak Poznański, to potrafiłby żyć poza żelbetonem…?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *