I poniosą Cię windą do piekła

Studia podyplomowe to zajebista rzecz – nie tylko dlatego, że uczęszczając na nie zmniejszamy swoje szanse na przymusowe roboty na kasie w Biedronce, ale także dlatego, że stanowią doskonałą okazję do przyjrzenia się problemom, jakie toczą ludzi z całej Polski, w najróżniejszym wieku. Tym razem podczas rozkmin, których miejscem uczyniliśmy kuchnię miejscówki, w której się doszkalamy, były śluby.

Ślub jest zajebiście ważnym wydarzeniem w absolutnie każdej kulturze. I to nie jest tak, że mam tym razem problem ze ślubami samymi w sobie (fakt posiadania dwuczłonowego nazwiska jakoś się z tym wiąże), ale z wieloma sprawami, które w Polsce obrzędowi zaślubin towarzyszą. Pierwszą z tych spraw na mojej liście jest wszechobecny kicz i tandeta. Mam spore doświadczenie jako weselnik i muszę wyznać, że niewiele razy byłam na ślubie, który byłby czymś więcej, niż demonstrowaniem kiczu i braku gustu młodych i/lub ich rodziców. Balony na samochodach i gówniane tablice rejestracyjne. Wypuszczanie gołębi przed kościołem. Wynajem sali, która miała wyglądać pięknie i tajemniczo jak Wielka Sala w Hogwarcie, a wygląda jak nieco wyretuszowana stodoła. Kurwa. Jak to jest, że nawet wykształceni, niegłupi ludzie w dniu ślubu dostają pomieszania zmysłów estetycznych? Moja hipoteza jest następująca: jako chłopskie społeczeństwo nieustannie jesteśmy związani z ludową kulturą, która jest wielobarwna i krzykliwa. Kiedy jednak ta ludowość, która płynie w naszych żyłach, spotka się z życiem w mieście, nowoczesną techniką i pieniędzmi, to efekt jest piorunujący: hybryda chłopsko-wielkomiejskiej potańcówki, na której wychodzą z nas, Polaków, tęsknoty za wpierdalaniem pęta kiełbachy i upijania się bimbrem. Mało która polska rodzina ma spójną tożsamość – wiecznie balansujemy między chłopskim pochodzeniem a wielkomiejskimi aspiracjami, snami klasy średniej. Na co dzień jesteśmy zlaicyzowani i słuchamy jazzu – ale ślub musi się odbyć w kościele, a na weselu musi grać disco-polo – im głośniej, tym lepiej.

Drugim aspektem spierdolenia polskich wesel są kwestie rodzinne. Wciąż żywa jest u nas gówniana tradycja zapraszania na śluby i wesela krewnych niewidzianych od dwóch dekad, sąsiadów, którzy jedynie nas wkurwiają, wujków, którzy całe życie wyśmiewali naszą nadwagę. W Polsce wesela wciąż organizują rodzice państwa młodych – płacą za nie, więc mogą wymagać (czytaj: szantażować). Decydują o doborze gości (bo komuś tam trzeba dopierdolić, pokazać, jak się nam powodzi), o wyborze miejsca (bo chcą, żeby to było blisko domu mamusi), o menu (wiejski stół musi być, bo to takie fajne i takie w chuj tradycyjne). Młodzi są więc zajęci spełnianiem oczekiwań swoich rodzin, a kiedy mogą wreszcie od tego odsapnąć, spędzić razem czułe narzeczeństwie chwile, wyładowują na sobie swoją wzajemną frustrację albo ćwiczą równe wejście do kościoła (muszą to zrobić pięknie, żeby rodzina nie miała powodów do beki).

A kiedy opadnie biały, biały welon, wypada podziękować rodzinie za wykurwisty i bardzo drogi teatrzyk z naszym udziałem. Potem pozostaje żyć razem – dopóki kompletny brak więzi i decyzyjności nas nie rozłączy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *