Jawiemlepieizm – prawdziwie polska zajawka

Musiałam wczoraj udać się na ważne badanie – spodziewam się potomka, a zatem skład moich płynów ustrojowych już dawno przestał być wyłącznie moją sprawą. Nie mogę już powiedzieć komuś: Chuj ci do tego, jaki mam poziom hemoglobiny we krwi – bo jak ten poziom będzie nieodpowiedni, to nie tylko ja poniosę tego konsekwencje. Nie, nie będę pisać o tym, że robienie comiesięcznych badań jest krzywdzące czy coś w tym stylu – jasne, że nie. Ale fajnie jest na blogu podzielić się czasem egzystencjalnymi przemyśleniami oraz wykreować się na osobę odpowiedzialną, do czego rzadko mam jakiekolwiek podstawy.

Tak czy inaczej, po kolejnym władowaniu mi igły w żyłę i miniataku paniki, pielęgniarka zapytała mnie, jak zamierzam urodzić, skoro histeryzuję, gdy ktoś zabiera mi parę mililitrów krwi. Kiedy udzieliłam odpowiedzi, szanowna pani pielęgniarka stwierdziła, że oszalałam, że ona doskonale wie, że wybrany przeze mnie sposób wydawania potomstwa na świat jest zjebany, ona się w życiu napatrzyła, trzydzieści lat pracowała gdzieś tam i w ogóle co ja odpierdalam. Byłam oczywiście zbyt przerażona i oszołomiona, aby spalić jej gabinet i wdać się w dyskusję w niekoniecznie miłym tonie (kto mnie zna, ten wie, że NAPRAWDĘ rzadko nie mam siły z kimś dyskutować), więc odpowiedziałam jedynie, że tak postanowiłam wraz z lekarzem. Pani pielęgniarka coś tam jeszcze dodała od siebie, po czym opuściłam ten ciekawy przybytek.

Pouczanie innych jest niemalże naszym narodowym sportem. Każdy, kto wykonuje jakikolwiek zawód (albo cokolwiek przeczytał na dany temat), czuje się ekspertem, specjalistą najwyższej próby. Każda ludzka samica, która wydała na świat dziecko (albo która została wydana na świat przez inną ludzką samicę i słyszała jej opowieści), wie wszystko na temat tego, jak powinnam się odżywiać, ubierać i zachowywać w ciąży. Rodzić naturalnie, najlepiej bez znieczulenia. Nie szczepić dziecka w pierwszej dobie życia. Żreć dziennie trzy kilo więcej. Nie oglądać filmów, gdzie jest krew. NIE PIĆ KURWA KAWY. Lekarz pozwolił? A co on wie? Przecież w ciąży się kawy nie pije.

Stan błogosławiony jest wyjątkową okazją do tego, by zaobserwować, jak Polacy są spragnieni bycia autorytetami. Rozpaczliwie chcemy coś znaczyć, być przez kogoś wysłuchani, marzymy o tym, by ktoś liczył się z naszym zdaniem. Dotyczy to, rzecz jasna, każdej dziedziny życia – ale w ciąży, z racji stereotypu, że przyszła matka to istota, której rozchwiane hormony zastąpiły osobowość, uwidacznia się to w sposób szczególny. No i wpierdalanie się w czyjeś życie łatwo wtedy usprawiedliwić troską – tak przecież robili Ci Twoi rodzice, czyż nie…? Wybierali ubrania, w których pójdziesz do szkoły („to po to, żebyś nie zmarzł, kochanie”), chłopaka lub dziewczynę („po prostu nie chcę, by ktoś Cię skrzywdził, skarbie”), studia i pracę („zależy mi na tym, byś miał lepsze życie niż ja, pysiu”). I tak, sam nie wiesz kiedy, straciłeś zdolność decydowania o własnym życiu, odpowiedzialność, krytyczny i analityczny umysł, zdolny do samodzielnego wyciągania wniosków. Twoje życie wygląda tak, że jakoś się to wszystko dzieje, jakoś tak się układa, jakoś leci.

Na szczęście możesz przynajmniej pouczyć jakąś ciężarną, że nie powinna pić kawy. Wtedy czujesz, że Twoje zdanie może cokolwiek znaczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *