Zarazki autyzmu i zaraza pogardy

Na początek – kilka faktów:

  1. Film „Botoks”, będący totalnym gównem, raczący widza scenami seksu z psem, aborcji oraz prezentujący lekarkę, która z radosnym wyrazem twarzy informuje, że zabiła w szpitalu wielu ludzi, pobił rekordy popularności. Zachęcony sukcesem reżyser zapowiedział, że zrobi serial o tym samym tytule. Ma on widza wbić w fotel – wnioskując z plakatu, zapewne ginekologiczny.

2. Na Węgrzech niemowlę zmarło w męczarniach, gdyż ojciec – znana postać ruchu antyszczepionkowego – nie zgodził się na podanie mu witaminy K. Kiedy chłopiec wykrwawił się, jego ojciec poinformował świat, że dziecko zostało zabite w szpitalu, ponieważ lekarzom zależało na pobraniu jego organów. W Polsce profil organizacji antyszczepionkowej „Stop NOP” ma 101 981 polubień, a coraz większa ilość rodziców decyduje się nie szczepić swoich dzieci. Niektórzy homeopaci, czując nosem korzystną koniunkturę, oferują odtruwanie po szczepionkach.

3. Na stacjach benzynowych i w kioskach można zakupić czasopismo o tytule O czym lekarze ci nie powiedzą. Znajdziemy tam zajebiście innowacyjne sposoby na leczenie raka, depresji, być może nawet patent na nieśmiertelność.

Z jednej strony, lekarz w Polsce ma status niemalże półboga – Polacy, których boli życie, kochają przecież łykać tabletki przeciwbólowe, a ci ze skrzywionym kręgosłupem moralnym – wpierdalają jak cukierki leki wspomagające układ kostny. Człowiek, który przepisuje leki, musi więc być kimś wyjątkowym, kimś, kogo się kocha.

Tyle, że miłość od nienawiści często oddziela cienka linia. A nierzadko uczucia te idą w parze.

I tak, młodzi i starzy potomkowie Piastów, dają się uwieść „medycynie alternatywnej”, zakochują się po uszy w teoriach spiskowych na temat koncernów farmaceutycznych, które sypią do fiolek cukier puder (bo nie są zainteresowane leczeniem prawdziwych chorób), wolą udawać się do szamana lub homeopaty, niż zaufać swojemu lekarzowi prowadzącemu. I oczywiście, można w tym momencie powiedzieć, że to pojeby, że w dupach się poprzewracało, że potrzebna jest widocznie nowa epidemia gruźlicy, żeby lud się ogarnął i docenił to, co oferuje nam współczesna medycyna (i wiedza „konwencjonalna” w ogóle). Ale przecież każde zjawisko społeczne ma swoje przyczyny – i ja je znam. Poznałam osobiście podczas pobytu w szpitalu i kontaktu z mentalnymi potomkami Hipokratesa.

Jakiś czas temu moje życie zostało ubogacone doświadczeniem pobytu w szpitalu. Nie, nie jakimś podmiejskim, cieszącym się złą sławą – był to prestiżowy ośrodek, w którym – w powszechnej opinii – pracują najlepsi specjaliści. I nigdy, ale to absolutnie nigdy, nie doznałam tak wielu upokorzeń, nie doświadczyłam takiego poziomu bezradności, nie miałam ochoty tak bardzo przypierdolić głową o ścianę (swoją, ale w sumie nie tylko).

I niech nikt mi nie mówi, że skoro to wszystko piszę, to znaczy, że w sumie jest OK, bo skoro mogę pisać, to znaczy, że żyję i mam sprawne ręce i łeb. No tak. Ale człowiek posiada też sferę psychiczną, która, gdy jest zbolała, rzutuje na funkcjonowanie ciała. I, jako najbardziej rozwinięty gatunek na naszej planecie, cechuje się posiadaniem potrzeb nie tylko fizycznych, ale i emocjonalnych. Do tych drugich należy zaś potrzeba bycia szanowanym, poinformowanym. Oraz niebycia mentalnie gwałconym.

Bo jak inaczej, niż gwałtem na psychice, można nazwać zachowanie personelu medycznego, który z dnia na dzień przekłada wizytę specjalisty, na którego się czeka, dla którego się tu jest? Czym, jeśli nie gwałtem, jest wymuszanie porodu u laski leżącej obok i dawanie jej czasu do godziny 15, bo potem lekarka kończy dyżur? Czy tekst, że być może psy zakażają wirusem HIV, nie jest pogwałceniem prawa pacjenta do bycia leczonym i doglądanym przez osoby kompetentne?

Nie ma sensu w tym miejscu wymieniać wszystkich wynaturzeń, jakie mają miejsce na oddziałach polskich szpitali (choć za kilka tygodni planuję napisać osobisty, feministyczny, agresywny post oparty na własnych przeżyciach). Rzecz w tym, że polski pacjent (i nie tylko polski) jest na sali chorych zajebiście samotny, przerażony, niepewny tego, co czeka go jutro. Pewność zaś daje ruch antyszczepionkowy (szczepionki=autyzm), homeopatia (antybiotyk=trucizna), forum internetowe (ja też tak miałam i jestem zdrowa). A przecież wszyscy pragniemy, by ktoś objaśnił nam świat, by się nami zajął – skoro służba zdrowia sobie z tym nie radzi, to znajdziemy opiekę gdzieś indziej – tak samo jak młody człowiek, którego rodzina ma w dupie, znajdzie uznanie i troskę chociażby w sekcie.

Wierzę w to, że gdy polski pacjent dostanie trochę czułości i zostanie pogłaskany po głowie, zamiast być w nią napierdalany, powróci na łono medycyny opartej na dowodach. I będzie zdrowszy nie tylko fizycznie, ale i duchowo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *