Chrześcijaństwo jak wygodna kanapa

Walentynki wypadły w tym roku tego samego dnia, co środa popielcowa, czyli początek Wielkiego Postu. Dla katolików (których podobno w naszym kraju jest ponad 90 procent), ten dzień jest początkiem okresu wyrzeczeń, doskonalenia duchowości oraz skupienia na tym, co niematerialne, szlachetne, wzniosłe. Obowiązuje też post ścisły, co oznacza, że ludzie wierzący mogą dziś zjeść jeden posiłek do syta i dwa mniejsze. No i, oczywiście, chlać i wirować na dęsflorze też się nie powinno.

Cóż jednak z tego? W końcu Wielki Post jest każdego roku, a walentynki tylko… oh, wait. No tak. Ale jednak wiadomo, że fajniej jest oglądać komedie romantyczne i pić wino za 19,90 z Lidla, niż pościć o chlebie i wodzie albo pójść razem do kościoła. Miłość wielu zakochanych „katolików” mogłaby takiej próby nie przetrwać – i sama obrócić się w popiół, którym tego dnia zwyczajowo posypuje się głowy.

Uważam, że idea postu jest jak najbardziej słuszna. Nasze nażarte pod kurek społeczeństwo rozpaczliwie jej potrzebuje. Nie bez powodu posty obecne są niemal w każdej religii świata. Ale polski katolik, a raczej typ człowieka nazywający siebie Prawdziwym Polakiem Katolikiem, nie potrzebuje sobie niczego odmawiać. Bo po chuj? Chrześcijaństwo jest dla wielu naszych rodaków wygodną kanapą, odpowiednio wygniecioną przez poprzednie pokolenia, mięciutką. Po zajęciu dogodnej pozy, można z niej do woli krytykować żydów, pedałów, muzułmanów, sąsiadkę, co ponoć się kurwi, i wielu innych. Wyruszyć w drogę za Jezusem oznacza dla kanapiarza tyle, co lajknąć mema z JPII i pierdolić, że dzisiejszy świat jest chujowy.

W „ten szczególny dzień” – a więc w dniu zakochanych (często zakochanych w sobie) – pójdzie się zatem na romantyczną kolację (no, ewentualnie z łososiem zamiast kurczaka, bo w końcu post), puknie na szybko w akademiku lub wynajętym mieszkaniu, a za kilka lat weźmie ślub kościelny, ochrzci dzieci i pośle je na religię. To taka nasza polska tradycja, wszyscy tak robią, a jak robisz inaczej, to jesteś przeżarty zachodnią ideologią i plujesz na to, co normalne i zdrowe.  Poza tym, my, Polacy, bierzemy z życia, tradycji i religii to, co jest dla nas przyjemne – nazwałabym to (mając w głowie zasady tworzenia chujowych nazw polskich firm) polhedonizmem. Ślub kościelny jest fajny? Jasne, więc biorę. „Chrzciny” dziecka też? Pewnie, dlatego ochrzczę. Ale walentynki również są zajebiste, podobnie jak wróżbici, pornografia, seksy bez zobowiązań. Jakoś trzeba to pogodzić.

Mój ukochany Jacuś Kaczmarski śpiewał (inspirując się obrazem Bruegela) o wojnie postu z karnawałem. Na naszym polskim podwórku – biorąc pod uwagę przewagę chrześcijaństwa kanapowego nad głęboką duchowością – zwycięstwo jest już przesądzone.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *