Koszmarna koślawość Twojego bytu

Photo by Éole on Foter.com / CC BY-NC-SA

Starożytni Grecy byli wielkimi fanami symetrii. Między innymi z tego powodu uważali koło za figurę idealną – przebiega przez nie przecież w chuj osi symetrii. Krzywizny, koślawizny i „łamanie schematów” było tej nacji obce – piękno dla Greka oznaczało idealną harmonię. I – choć w naszej epoce definicji piękna jest więcej niż pięknych przedmiotów w domach większości z nas – my tak naprawdę nadal symetrii i harmonii potrzebujemy.

Ludzie, którzy zajmują się autoprezentacją, twierdzą na przykład, że im bardziej symetryczna twarz, tym większa szansa na sukces towarzyski i zawodowy – vel „krzywy ryj” to obelga, którą raczymy się nie bez powodu – koślawa gęba to po prostu klątwa Matki Natury. Symetria jest też istotna w przypadku opisywania zjawisk społecznych – tak zwana krzywa Gaussa, prezentująca rozkład normalny, również jest symetryczna. Zgadzam się więc ze starożytnymi: tam, gdzie brakuje symetrii, zaczyna się nieszczęście.

A brakuje jej – i to coraz częściej – w naszych relacjach.

Aby człowiek był szczęśliwy, nie miał nerwicy, kurwicy i innych spierdoleń, musi żyć w relacjach symetrycznych, czyli takich, gdzie siły brania i dawania, a także poziomy zaangażowania są równe po obu stronach. Relacją symetryczną będzie zatem ta między laską i jej chłopakiem, gdy oboje są w ten związek tak samo wkręceni. Ale może to być też „więź” łącząca Cię z Twoim dostawcą pizzy – tutaj liczy się tylko pachnący kawałek ciasta, a poza tym oboje macie na siebie kompletnie wyjebane. To zdrowe. Problemy zaczynają się jednak wtedy, kiedy Ty traktujesz jakąś znajomość tak emocjonalnie, jak zakochana samica swojego wybranka, a on podchodzi do Ciebie tak, jak Ty do wspomnianego już dostawcy żarcia. Jest asymetria, ni chuja nie ma harmonii. Któraś ze stron (i łatwo zgadnąć która) jest skazana na emocjonalny Shawshank. W takich układach ktoś zawsze, ale to zawsze musi cierpieć.

Nasze czasy (pod wieloma względami naprawdę zajebiste) są naznaczone brakiem symetrii. Uwidacznia się to w modzie, architekturze i zdobnictwie – brak kanonu nie dał nam obiecywanej wolności, lecz pogrążył w kiczu – ale najbardziej wyniszczająca jest wszechobecna asymetria relacyjna. Nie brak jest ludzi, którzy za najważniejszą osobę w życiu uważają swojego szefa – on ma Cię jedynie za swojego wyrobnika, który w każdej chwili może zostać wymieniony na nowszy model. Inni z kolei bujają się przez lata w związkach, w których partner jest dla nich wszystkim, zaś oni są dla niego całkiem znośnym dodatkiem do życia. Brak jasno określonych, niekiedy sztywnych norm społecznych pozwala nam wprawdzie decydować o kształcie naszych relacji, ale też stwarza pole do podejmowania decyzji skrajnie chujowych.

Z moich amatorsko socjologicznych obserwacji wynika, że ludzie są ze sobą szczęśliwi, gdy zajmują podobne miejsce w swoich „rankingach relacji”. Jeśli mój kumpel umieszcza mnie na 10. miejscu najważniejszych osób w swoim życiu, to będzie ok, jeśli ja jego jestem skłonna umieścić na miejscu 8. bądź 11. Ale jeśli on jest dla mnie numerem 1, to mnie zeżre w końcu zazdrość, a jego wykończy moja atencja. Specjalną, wybitnie niszczącą odmianą relacji asymetrycznej jest ta, kiedy mój samiec jest dla mnie – jak to w poważnym związku – na szczycie hierarchii, a ja u niego jestem numerem dwa – zaraz po jego matce. Z takiego układu najlepiej jest spierdalać – ale jeśli już w nim jesteś, to znaczy, że nie szanujesz siebie tak bardzo, że raczej tego nie zrobisz. Albo, że z różnych przyczyn, jest Ci tak po prostu wygodnie.

Interpretując „Żelbeton” w duchu antycznym, można chyba przyjąć, że to właśnie relacyjna asymetria była przyczyną większości nieszczęść Krzysztofa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *