50 twarzy spierdolenia.
Dlaczego dzieje Christiana i Any to coś, czym nie powinieneś się jarać?

Od kilku dni mamy wątpliwą przyjemność obcować z ostatnią częścią Greja. W chuj zakochanych par pójdzie zatem do kina, opierdoli wielkie wiadro popcornu, podczas seansu pierdylion samców posmyra po udzie lub gdzieś w okolicy swoją lubą, a następnie – mając w pamięci „gorące” sceny z filmu i wydane pieniądze, gawiedź odda się ruchaniu. Nie sposób przecież spędzić czasu po premierze inaczej.

Grej jest światowym fenomenem – dorosłe kobiety o umysłach nastolatek namiętnie go czytają, mężczyźni traktują z politowaniem (a niekiedy i zazdrością – w końcu któremu z nich w wieku 27 lat udało się zostać miliarderem?), a specjaliści od kultury współczesnej krytykują tę opowieść tak samo namiętnie, jak Christian napierdalał Anę po dupie pod koniec pierwszej części. I, co ciekawe, krytyce podlegają właściwie wciąż te same elementy, na które – jak dla mnie – można mieć tak naprawdę zupełnie wyjebane. O co zatem przypierdalają się autorytety od spraw sztuki?

Przypierdolka 1. Infantylny język. Zgoda, E. L. James daleko do językowej żylety Pilcha czy wysublimowania Llosy. Ale co z tego? Przecież książki kucharskie także są pisane banalnym językiem. I co? Zmieniają świat na lepsze. A tak serio – to przecież wiele biografii czy innych utworów literatury faktu pisanych jest językiem trywialnym. Czasami to właśnie jest ich siłą. Finezyjna warstwa językowa może natomiast sprawić, że danej książki po prostu nie da się czytać – weźmy taką „Trędowatą”. Ja pierdolę.

Przypierdolka 2.  Banalna fabuła. Chuj z tego? Wiele opowieści, które zmieniły świat na lepsze, jest prostych: jest problem – pojawia się ktoś, kto nagradza dobro, karze zło – wszystko się jakoś układa. Nieskomplikowane historie także mogą być nośnikami wartości, wyrażać to, co ważne dla danego narodu lub pokolenia. Ba, zdarza się przecież, że w jakimś utworze nic się nie dzieje i jest on oszałamiająco głęboki! Kto nie wierzy, niech sięgnie po „Trzy siostry” Czechowa. Tylko żeby potem nie było, że nudne.

Przypierdolka 3. Epatowanie seksem. Że książka i film kręci się wokół erotyki? Pff. A gdzie tam jest erotyzm? Gdzie łóżkowy sadyzm? Pięciolatek, który przypadkiem zobaczył fragment porno z kategorii BDSM byłby w stanie wymyślić bardziej pikantny scenariusz. Chorym sadystą seksualnym był typ  z „Dziewięciu i pół tygodnia”. FIlmem, który wywołał skandal, była „Emmanuelle” (dziś wydaje się on po prostu śmieszny, ale czasy się jednak zmieniły – a wraz z nimi kino). W Greju nie ma niczego, czego ludzie by nie znali, czego by nie robili. Inna sprawa, czy głośno o tym mówią – jeden z moim wykładowców z podyplomówki opowiadał, że po premierze pierwszej części przyszło do niego kilka par, aby zapytać się, czy to normalne, że też lubią TAK się bawić. Ale pejcze i kajdanki w ich sypialni obecne były od wielu, wielu lat.

Czy zatem z opowieścią o miłości (a raczej „miłości”) studentki literaturoznawstwa i finansowego księcia wszystko jest ok? Bynajmniej. Ta książka i film są absolutnie chore i destrukcyjne. Są przykładem poniżenia kobiety, dowodem na to, że ludzkie samice tak naprawdę ciągnie do bólu (i to o wiele bardziej dotkliwego niż tego zadanego pejczem). W Greju jest obecny motyw, którego szczerze nienawidzę, który jest jedną z przyczyn cierpienia mnóstwa niewiast na świecie: motyw sienkiewiczowskiej przemiany. Tak samo jak Oleńka Billewiczówna „zmieniła” Kmicica, jak Ligia „przemieniła” Marka, tak Ana roztopiła serce Christiana i z chorego pojeba uczyniła kolesia zdolnego do miłości – a nawet małżeństwa i wychowania potomka! Oleńka musiała wiele wycierpieć – Kmicic zjarał przecież wioskę i, strzelając do portretów, okrył ją hańbą. Ligia została przez Marka niemal zgwałcona i na jego polecenie porwana. Ana dostała od Chrisa wpierdol (nie żeby było to szokujące pod względem erotycznym) – musiała więc liczyć się z tym, że ten facet przekracza jej granice i pod każdym względem nad nią dominował. Jednak jej udało się go odmienić – Piękna odczarowała Bestię. Swoim ciepłem i delikatnością, a także oddaniem kwiatu dziewictwa, pomogła mu odkryć to, co w nim najlepsze. Zdarła zasłonę nieprzystępności i brutalności, pod którą krył się dobry, wrażliwy człowiek. Nosz ja pierdolę, kurwa.

Miliony kobiet otrzymują więc sygnał, że mogą odmienić mężczyznę. Że warto przetrwać trudności (takie jak na przykład doznawanie od niego wpierdolu i upokorzeń). Miłość przetrwa wszystko. Jak to się kończy w realnym życiu, chyba nie trzeba mówić – laska wiąże się z agresywnym typem, z maminsynkiem, z bezrobotnym, pijącym nieudacznikiem i jakoś nie udaje się go zmienić. Dziewczę ma poczucie misji, wierzy na przekór światu, że on jest dobry, że tylko musi być dla niego dobra  i wyrozumiała, ale tę misję strzela chuj, bo jej wybranek – w przeciwieństwie do Kmicica, Marka czy Christiana – pić, bić lub być życiowym zerem nie przestaje. Czas płynie, związek z oprawcą się cementuje, życie staje się piekłem. I do kogo mieć pretensje? Można je mieć do E. L. James. Ale jak się nad tym jednak zastanowić, to byłoby chyba jednak trochę głupie.

4 uwagi do wpisu “

50 twarzy spierdolenia.
Dlaczego dzieje Christiana i Any to coś, czym nie powinieneś się jarać?

  1. Hahaha, z głupoty własnej przeczytałam swego czasu książkę (tak, wszystkie 3 części!) i wnioski miałam identyczne. Opowieść jest szkodliwa, chyba, że trafi na kogoś, kto zdaje sobie sprawę, że w życiu to tak nie działa.
    Niestety, tęsknimy do takich opowieści, chcemy być mamione bajkami, wielu kobietom po prostu wpisuje się to w mózg czy chcą, czy nie chcą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *